
Mężczyzna nie mówi, że jest mu źle. Mówi, że idzie na piwo.
Listopad to Movember. Mężczyźni zapuszczają wąsy, żeby łatwiej było rozmawiać o męskim zdrowiu. W gabinecie widzę, jak trudno zacząć tę rozmowę. O tym, dlaczego tak wielu mężczyzn zamiast powiedzieć „jest mi źle”, wychodzi na piwo.
W listopadzie część mężczyzn zapuszcza wąsy. To Movember – akcja, która od lat przypomina o męskim zdrowiu: o badaniach, które wciąż się odkłada, i o głowie, o którą dba się jeszcze rzadziej. Pomysł jest prosty. Wąsy mają sprowokować pytanie „co ci się stało?”, a od tego pytania ma się zacząć rozmowa. 19 listopada przypada też Międzynarodowy Dzień Mężczyzn, więc ten temat będzie wracał przez cały miesiąc.
Lubię ten pomysł, bo dobrze pokazuje, ile trzeba zachodu, żeby mężczyzna w ogóle zaczął mówić o sobie. Trzeba mu dać pretekst. Najlepiej coś z przymrużeniem oka, żeby rozmowa o zdrowiu nie zabrzmiała zbyt poważnie.
W gabinecie widzę to na co dzień. Większość mężczyzn nie przychodzi do mnie sama. Przyprowadza ich żona, czasem matka albo dorosła córka. Czasem przysyła ich pracodawca, lekarz rodzinny po kolejnych złych wynikach prób wątrobowych albo sąd. Na pierwszym spotkaniu często siedzą z rękami skrzyżowanymi na piersi i mówią, że przyszli, „bo żona chciała”. Rzadko słyszę wtedy zdanie „jest mi źle”. Prędzej usłyszę, że ostatnio jest dużo pracy, że w domu nerwowo, że trudno zasnąć. I że piwko pomaga się rozluźnić.
Mężczyźni, z którymi pracuję, zwykle wychowali się na kilku prostych zasadach. Nie narzekaj. Nie rozklejaj się. Załatw to sam. Ojciec, który miał gorszy dzień, nie mówił o tym przy stole. Szedł do garażu albo wychodził „na jednego” z sąsiadem. I tego właśnie się nauczyli: że ze smutkiem, lękiem czy bezradnością zostaje się samemu.
Jest jedna sytuacja, w której wielu mężczyzn pozwala sobie powiedzieć więcej niż zwykle. Kiedy na stole stoi butelka. Przy piwie albo przy wódce można przyznać, że boi się o pracę, że w małżeństwie się nie układa, że wciąż brakuje mu ojca. Następnego dnia nikt do tego nie wraca. Wszystko zostało powiedziane po alkoholu, więc jakby się nie liczyło.
Pacjenci opowiadają mi o tym bardzo często, choć zwykle dopiero po kilku tygodniach terapii. Że jedyne naprawdę szczere rozmowy z kolegami odbywali po trzecim piwie. Że z bratem nigdy na trzeźwo nie rozmawiali o niczym ważnym. Że alkohol nie był dla nich ucieczką od ludzi, tylko jedynym sposobem, żeby się do nich zbliżyć. Dlatego na początku trzeźwości tak wielu z nich czuje się nie tylko bez alkoholu, ale też bardzo samotnie. Pisałem o tym w tekście o ciszy, która zostaje po alkoholu.
Jest też druga sprawa, o której mówi się za mało. U wielu mężczyzn depresja nie wygląda tak, jak ją sobie wyobrażamy. Nie ma płaczu ani całych dni w łóżku. Jest drażliwość, wybuchy złości o drobiazgi, praca do późna, szybka jazda samochodem i coraz więcej alkoholu. Psychiatrzy od dawna zwracają uwagę, że mężczyźni często próbują leczyć zły nastrój sami, właśnie alkoholem, a do specjalisty trafiają dopiero wtedy, kiedy jest już bardzo źle. Z zewnątrz wygląda to na trudny charakter albo poprostu „taki już jest”. W środku jest często człowiek, któremu od dawna jest źle i który nie ma na to słów. O tym, jak uzależnienie łączy się z depresją i lękiem, pisałem szerzej osobno.
To milczenie ma swoją cenę i da się ją policzyć. Według danych policji w 2025 roku w Polsce odebrało sobie życie 4776 osób. 3975 z nich to mężczyźni, czyli mniej więcej jedenastu każdego dnia. Z własnej pracy wiem, jak często w takich historiach w tle jest alkohol. Nie on podsuwa takie myśli, ale skraca czas, w którym można je przeczekać.
Nie piszę tego, żeby kogokolwiek straszyć. Piszę, bo prawie każdy mężczyzna, który w końcu siada naprzeciwko mnie, w którymś momencie mówi to samo: że powinien był przyjść dużo wcześniej. Że przez lata myślał, że jakoś to ogarnie. Że prośba o pomoc wydawała mu się przyznaniem do porażki.
Dlatego powtarzam w gabinecie rzecz, która brzmi banalnie, ale wielu mężczyzn słyszy ją pierwszy raz. Przyjście na terapię nie jest przyznaniem się do słabości. To zwykła decyzja, taka sama jak wizyta u ortopedy, kiedy od miesięcy boli kolano. Nikt nie powie o mężczyźnie, który poszedł z kolanem do lekarza, że się rozkleił.
Najtrudniejsze jest pierwsze zdanie. Mężczyznom przychodzi ono często trudniej, bo nikt ich tego nigdy nie uczył. Ono nie musi być ładne ani przemyślane. Wystarczy „coś jest nie tak” albo „chyba za dużo piję”. Resztę da się poukładać później, już razem.
Jeśli jesteś żoną, matką albo siostrą mężczyzny, który od dawna „wychodzi na jedno”, a ty patrzysz na to z coraz większym niepokojem, nie musisz czekać, aż on sam zacznie mówić. Możesz zacząć od siebie. O tym, co robić, kiedy ktoś bliski powtarza, że sam sobie poradzi, napisałem osobny tekst.
Pod koniec listopada większość wąsów zniknie. Byłoby dobrze, gdyby została po nich choć jedna rozmowa przeprowadzona na trzeźwo. Z kolegą, z żoną, z bratem. Albo ze mną.
Jeśli jest naprawdę źle, telefon zaufania 116 123 odbiera całą dobę. Pozostałe numery znajdziesz na stronie pilnej pomocy.
A jeśli chcesz po prostu porozmawiać, napisz do mnie. Nie musisz zaczynać od wielkich słów.



