Widok dającego nadzieję światła wpadającego przez okno

Alkohol nie podpowiada takich myśli. Skraca czas, w którym można je przeczekać

Kryzys samobójczy nie jest stanem, tylko falą - przychodzi i po kilku godzinach opada. Alkohol nie tworzy tych myśli, ale zabiera czas, w którym można je przeczekać. O tym, na czym polega ta różnica, pisze terapeuta uzależnień.

Jeśli czytasz to w trudnym momencie – nie czekaj do końca tekstu
112 – w razie bezpośredniego zagrożenia życia
116 123 – kryzysowy telefon zaufania dla dorosłych, całą dobę, bezpłatnie
800 70 22 22 – Centrum Wsparcia dla osób w kryzysie psychicznym, całą dobę, bezpłatnie
Pełna lista kontaktów i miejsc, gdzie można uzyskać pomoc →

Nikt nie wchodzi do gabinetu i nie mówi, że chce umrzeć. Mówi, że ma dosyć. Że już mu wszystko jedno. Że nie widzi sensu, żeby to dalej ciągnąć. Czasem mówi tylko tyle, że jest zmęczony i dopiero po dłuższej chwili okazuje się, że nie chodzi o sen.

Przez lata pracy nauczyłem się, że najgroźniejsze słowa padają po cichu. Nie ma w nich dramatu ani podniesionego głosu. Człowiek siedzi naprzeciwko i mówi spokojnie, jakby opisywał pogodę za oknem. To nie jest spokój kogoś, komu przeszło. To spokój kogoś, kto przestał się szarpać. Dopóki człowiek się szarpie – płacze, złości się, tłumaczy, kłóci – walczy. Kiedy przestaje, zwykle znaczy to, że coś w nim uznało sprawę za zamkniętą. Za beznadzieją.

Pojutrze, dziesiątego września, przypada Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom. Nie przepadam za takimi dniami. Jeden dzień w roku niczego sam z siebie nie zmieni. Ale daje pretekst, żeby powiedzieć głośno rzecz, którą zwykle mówię pojedynczym osobom w gabinecie.

Kryzys samobójczy nie jest stanem. Jest falą.

Przychodzi i odchodzi. Bywa, że trwa kilka godzin, czasem krócej. Człowiek, który o czwartej nad ranem był absolutnie pewien, że nie ma innego wyjścia, o dziesiątej rano jedzie do pracy i sam nie potrafi tamtej pewności odtworzyć. Nie dlatego, że coś się zmieniło. Nic się nie zmieniło. Po prostu fala opadła.

To jest chyba najważniejsza rzecz, jaką o kryzysie wiemy. Ludzie, którzy przeżyli próbę samobójczą, opowiadają zaskakująco podobnie: decyzja nie dojrzewała tygodniami. Zapadła w kilkanaście minut albo w godzinę. A zaraz po niej, czasem natychmiast, wracała myśl, że jednak nie.

W środku kryzysu nikt w to nie wierzy. Wtedy wydaje się, że tak będzie już zawsze i że nic tego nie ruszy. Ale to przekonanie jest częścią kryzysu, a nie prawdą o życiu. Ból potrafi kłamać w jednej konkretnej sprawie: wmawia, że nigdy się nie skończy. Będzie trwał.

I dokładnie w tym miejscu wchodzi alkohol.

Powiem to jasno, bo bywa źle rozumiane: alkohol nie podpowiada takich myśli. Nie on je tworzy. One mają swoje przyczyny – stratę, chorobę, długi, samotność, ból, który trwa za długo. Człowiek, który wieczorem sięga po butelkę, nie sięga po nią, żeby zacząć myśleć o śmierci. Sięga, żeby przestać czuć. I to jest zupełnie zrozumiałe. Bo alkohol przez chwilę naprawdę działa.

Robi jednak trzy rzeczy, o których w tamtej chwili nikt nie myśli:

Po pierwsze: obniża nastrój. Brzmi to odwrotnie do tego, co się czuje po pierwszym kieliszku, ale alkohol nie jest środkiem pobudzającym. Ulga trwa krótko, a to, co przychodzi po niej, kilka godzin później, w nocy albo nad ranem – bywa gorsze niż punkt wyjścia. Wielu ludzi opisuje dokładnie to samo: najgorzej nie jest wieczorem, tylko nad ranem.

Po drugie: zdejmuje hamulce. Te same, które na trzeźwo powstrzymują nas przed wysłaniem wiadomości, której rano żałujemy. I te same, które powstrzymują przed rzeczami nieporównywalnie poważniejszymi.

Po trzecie: i to jest najważniejsze – zawęża pole widzenia do tego, co boli teraz. Trzeźwy człowiek w kryzysie wciąż widzi kawałek reszty: matkę, dziecko, psa, który czeka w kuchni, robotę, którą trzeba dokończyć w poniedziałek. Te rzeczy niczego nie rozwiązują, ale trzymają. Po alkoholu bledną. Zostaje sam ból i sama ulga, która wydaje się na wyciągnięcie ręki.

Suma tych trzech rzeczy jest prosta: Alkohol skraca czas, w którym można te myśli przeczekać.

Trzeźwy człowiek w kryzysie ma ten czas. Ma godzinę, w której nic nie robi. Ma noc, którą jakoś przetrwa. Ma w sobie ten pierwiastek, który mówi: nie teraz, jutro to przemyślę, rano do kogoś zadzwonię. Ta część nie jest silna. Ale jest i zwykle wystarcza.

Alkohol wyłącza ją w pierwszej kolejności. Widziałem to wiele razy z drugiej strony – u ludzi, którzy przetrwali. Prawie zawsze pada to samo zdanie: nie zrobiłbym tego na trzeźwo. Nie mówią, że nie mieli takich myśli. Mówią, że na trzeźwo by ich nie wykonali. Że coś by ich zatrzymało – telefon, zmęczenie, sen, jakaś drobna przeszkoda, która po alkoholu przestała być przeszkodą.

To jest ta godzina, o którą właśnie chodzi. Cała różnica między jednym a drugim mieści się czasem w kilkudziesięciu minutach.

Dlatego kiedy ktoś pyta mnie, co ma zrobić podczas naprawdę złego, ciężkiego wieczoru – moja odpowiedź brzmi banalnie: nie pij dzisiaj. Nie dlatego, że alkohol jest zły. Dlatego, że dzisiaj potrzebujesz całego czasu, jaki masz. Każdej godziny, w której możesz nic nie zrobić.

Druga rzecz: nie zostawaj z tym sam. Zadzwoń do kogokolwiek. Nie musisz nic tłumaczyć ani nazywać po imieniu. Możesz powiedzieć tyle, że masz kiepski wieczór i nie chcesz być sam – to wystarczy, żeby druga osoba została z tobą przez telefon. Jeśli nie masz do kogo, są numery, pod którymi ktoś odbierze o każdej porze.

Trzecia: przetrwaj do rana. Nie musisz nic postanawiać, niczego rozwiązywać ani do niczego się zobowiązywać. Wystarczy dotrwać do jutra. To nie jest unik ani odkładanie sprawy, ale cała metoda. Rano nic nie będzie załatwione, ale będziesz widział to inaczej. To akurat jest pewne.


Kilka zdań do osób, które czytają to nie o sobie.

Bardzo często bliscy pierwsi widzą, że coś jest nie tak. I bardzo często nie pytają, bo boją się, że pytaniem podsuną pomysł. Nie podsuną. Zapytanie wprost nie wkłada nikomu niczego do głowy – najczęściej przynosi ulgę, bo pierwszy raz ktoś nazywa to, z czym człowiek siedzi sam od tygodni.

Można zapytać zwyczajnie: martwię się o ciebie. Chcę tylko wiedzieć, czy myślisz o tym, żeby odebrać sobie życie. Bez ozdobników. A potem wysłuchać, nie przekonując, że jest za co żyć. To akurat nie pomaga – człowiek w kryzysie słyszy w takich zapewnieniach tylko tyle, że go nie rozumiesz. Więcej o tym, jak prowadzić takie rozmowy, pisałem osobno.

Jeżeli ktoś bliski pije i jednocześnie mówi rzeczy, które cię niepokoją, potraktuj te dwie sprawy jako jedną. Nie jest tak, że najpierw trzeba rozwiązać picie, a potem zająć się resztą. Wieczór, w którym ta osoba jest pijana i sama, to wieczór podwyższonego ryzyka. Czasem najlepsze, co możesz zrobić, to zostać albo zabrać ją do siebie. Nie na rozmowę, nie na terapię – po prostu żeby nie była sama.

I jeszcze jedno, o czym łatwo zapomnieć podczas takich wieczorów: jeśli w domu są dzieci, one też przy tym są. Widzą i słyszą znacznie więcej, niż nam się wydaje — także wtedy, kiedy leżą w łóżkach i udają, że śpią.


Jeżeli picie stało się jedynym sposobem, w jaki potrafisz przetrwać wieczór, to nie jest kwestia charakteru i nie jest powód do wstydu. To jest mechanizm, który da się zrozumieć i z którym się pracuje – na tym właśnie polega terapia uzależnień. A jeśli picie jest już codzienne i samo odstawienie wydaje ci się niemożliwe, jest droga, która zaczyna się od odtrucia i opieki lekarskiej. Nie trzeba tego robić w pojedynkę i nie trzeba zaczynać od siły woli.

Widzę takie osoby co tydzień. Widzę też, jak wyglądają dwa lata później i to jest ta część mojej pracy, o której najtrudniej opowiedzieć komuś, kto jest teraz w środku. Bo z wnętrza kryzysu wszystko, co tu napisałem, brzmi jak formułka. Rozumiem to. Sam bym w to wtedy nie uwierzył.

Powiem więc tylko tyle, co wiem na pewno. Trzeźwość – wbrew temu, jak się o niej mówi – nie jest głównie o rezygnacji. Ona oddaje ten czas z powrotem. Godzinę, w której nic się nie stało. Noc, którą się przetrwało. Ranek, w którym tamta pewność sprzed kilku godzin okazuje się nie do odtworzenia.

Tyle wystarczy. Na dzisiaj naprawdę tyle wystarczy.

Jeśli ten temat dotyczy ciebie albo kogoś bliskiego, napisz do mnie.

Gdzie zadzwonić, o każdej porze:
112 – w razie bezpośredniego zagrożenia życia
116 123 – kryzysowy telefon zaufania dla dorosłych, całą dobę, bezpłatnie
800 70 22 22 – Centrum Wsparcia dla osób w kryzysie psychicznym, całą dobę, bezpłatnie
116 111 – telefon zaufania dla dzieci i młodzieży, całą dobę, bezpłatnie
Pełna lista kontaktów i miejsc, gdzie można uzyskać pomoc →

Avatar photo

Maciej Zapała

Nazywam się Maciej Zapała. Jestem certyfikowanym instruktorem terapii uzależnień (certyfikat PARPA nr 470 - obecnie KCPU) i od lat pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu, narkotyków, leków i hazardu. W swojej praktyce zajmuję się zarówno osobami uzależnionymi, jak i ich rodzinami. Na blogu Pierwszy Krok piszę o mechanizmach nałogu, procesie terapii i tym, co naprawdę pomaga wrócić do zdrowia i normalnego życia.