Szara ulica, wieczór - dzień jak co dzień

Dzień Zdrowia Psychicznego minął. Został dzień jak co dzień

Trwał jeden dzień, w sobotę. W poniedziałek wszystko wróciło do normy. O tym, że zmiana nie następuje w święta, które mają swoją nazwę, tylko podczas zwykłych wieczorów, o których nikt nie pisze.

W sobotę w internecie było dużo o zdrowiu psychicznym. Firmy wstawiały posty, instytucje przypominały numery telefonów, kilka osób napisało coś osobistego i dostało za to dużo ciepłych komentarzy. W poniedziałek rano wszystko wróciło na swoje miejsce.

Nie piszę tego z przekąsem. Takie dni mają sens i sam z tej okazji napisałem w ostatnich tygodniach trzy teksty. Raz w roku łatwiej powiedzieć rzeczy, które przez pozostałe trzysta sześćdziesiąt cztery dni grzęzną w gardle. To nie jest mało. Ale w gabinecie sobota wyglądała dokładnie tak samo jak czwartek.

Ktoś przyszedł na konsultację i przez pierwsze dziesięć minut mówił o pracy, bo nie wiedział, jak zacząć o sobie. Ktoś inny nie przyszedł i nie odebrał telefonu. Żona kogoś innego napisała wiadomość w nocy, skasowała ją dwa razy, w końcu wysłała. Nikt z nich nie wiedział, że akurat wtedy jest ten dzień, i nikomu by to nic nie dało.

Bo uzależnienie nie ma kalendarza.

Dzieje się we wtorek o dwudziestej pierwszej, kiedy ktoś stoi w kuchni i podejmuje decyzję, której nikt nie zobaczy. W czwartek rano, kiedy budzi się i pierwsze, co robi, to odtwarza w głowie poprzedni wieczór. W niedzielę, kiedy w domu jest cicho i właśnie ta cisza jest najtrudniejsza.
Jest jednak coś, o czym chcę napisać uczciwie, bo inaczej ten tekst byłby tylko narzekaniem na kampanie.

Takie dni czasem działają. Tylko z opóźnieniem.

Zdarza mi się odebrać telefon, w którym pada zdanie: „czytałem coś takiego kilka dni temu i nie mogę przestać o tym myśleć”. Prawie nigdy nie jest to telefon wykonany tego samego dnia. Człowiek przeczytał w sobotę, chodził z tym niedzielę, w poniedziałek przyszło mu do głowy, że może jednak, a zadzwonił we wtorek po południu, kiedy wyszedł z pracy wcześniej i miał kwadrans dla siebie.

Kampania może więc rzucić zdanie, które zostanie w głowie. Ale działanie zawsze przypada na jakiś zwykły dzień. I to jest właśnie ten moment, o którym nikt nie robi postów.

Dlatego nie wierzę w zmiany, które zaczynają się od daty. Postanowienia noworoczne mają publiczność i dlatego tak często się nie udają. Ogłasza się je przy stole, w pracy, znajomym, a potem trzeba się z nich jeszcze tłumaczyć. Deklaracja złożona w dniu kampanii ma tę samą wadę: jest wydarzeniem, a nie decyzją.

Decyzje, które widzę jako trwałe, wyglądają zupełnie inaczej. Są ciche, zwykle podjęte w samochodzie w drodze z pracy albo w kolejce do kasy. Nikt ich nie ogłasza. Nie mają żadnej oprawy. Po prostu człowiek w pewnym momencie przestaje się umawiać sam ze sobą na później. Pisałem o tym przy okazji września, bo tam działa dokładnie ten sam mechanizm.

Przez ostatnie tygodnie pisałem o trzech rzeczach i wszystkie trzy dzieją się w zwyczajne dni.

O tym, że uzależnienie jest chorobą, choć wciąż mówimy o nim szeptem, a o depresji jednak już głośno. Ta różnica kosztuje całe lata życia, bo wstyd nie zatrzymuje picia, zatrzymuje tylko leczenie.

O tym, że odstawienie rzadko wystarcza, bo pod spodem zwykle czeka lęk, obniżony nastrój albo bezsenność, którymi też trzeba się zająć. Bo trzeźwy nie znaczy automatycznie zdrowy.

I o tym, że najtrudniejsze jest pierwsze zdanie, które wcale nie musi zawierać słowa „alkoholik”. Wystarczy powiedzieć, co tak naprawdę się dzieje.

Żadna z tych rzeczy nie zdarzyła się w sobotę. Zdarzają się dzisiaj, we wtorek, w kilkudziesięciu tysiącach domów naraz, bez żadnej nazwy i bez żadnego hasztagu. Zwykłe dni są zresztą w tej sprawie miarą wszystkiego.

Ludzie, którzy przestają pić, bardzo często liczą dni i to jest zrozumiałe, zwłaszcza na początku. Ale po pewnym czasie przestaje chodzić o liczbę. Zaczyna chodzić o to, jak wygląda zwykły czwartek: czy da się go porzeżyć, czy wieczór ma jakąś treść, czy po kolacji jest coś poza czekaniem, aż będzie można iść spać.

Pierwsze tygodnie trzeźwości mają w sobie napięcie i mobilizację. Wszyscy są czujni, wszyscy się starają, sytuacja jest wyjątkowa. Prawdziwy test przychodzi później, kiedy sytuacja przestaje być wyjątkowa i trzeba po prostu żyć. Dlatego kiedy pacjent mówi mi, że ma za sobą sto dni, pytam nie o tę liczbę, tylko o ostatni wtorek.

To samo dotyczy rodzin. Dzień, w którym ktoś wreszcie poszedł na terapię, zapada w pamięć. Ale życie rodziny nie zmienia się w tamtym dniu. Zmienia się przez kilkadziesiąt zwykłych wieczorów, w których nic się nie stało, i w których stopniowo przestaje się nasłuchiwać kroków na schodach.

Mam jedną myśl, którą chciałbym z tego zostawić.

Jeśli w sobotę przeczytałeś coś, co cię ruszyło, i pomyślałeś, że kiedyś trzeba będzie się tym zająć – to „kiedyś” właśnie trwa. Nie wygląda na żaden szczególny moment i nigdy nie będzie wyglądać. Nie ma takiego dnia, w którym będzie na to lepiej, bo nie ma dni specjalnie przeznaczonych na trudne rozmowy. Są tylko zwykłe wtorki, w których ktoś je odbywa, i zwykłe wtorki, w których ich nie odbywa.

Warto też wiedzieć, jak niewiele trzeba, żeby ten zwykły dzień czymś się różnił. Pierwsza rozmowa trwa mniej więcej tyle, co wizyta u dentysty. Nie trzeba nikomu o niej mówić, nie trzeba brać wolnego, nie trzeba niczego postanawiać z góry. To nie jest wejście w proces, z którego nie da się wycofać. To jest godzina, po której wie się znacznie więcej niż przed nią.

Dla bliskich ta sama zasada brzmi tak: nie czekaj na dobrą okazję, żeby powiedzieć komuś, że się o niego martwisz. Dobra okazja nie przyjdzie, bo w tej sprawie nie ma dobrych okazji. Jest tylko kuchnia, zmywarka i zdanie, które można powiedzieć albo odłożyć na później. Zwykle lepiej wychodzi to krótko i bez wstępu: „martwię się o ciebie i chcę, żebyś wiedział”. Reszta rozmowy potoczy się sama albo nie potoczy się wcale, ale to zdanie wybrzmi.

Kampanie kończą się o północy. Problem zostaje na rano i to jest akurat dobra wiadomość, bo oznacza, że nie przegapiłeś żadnego terminu.

Numery, pod którymi ktoś odbierze o każdej porze – również dziś, w zwykły wtorek – są na stronie pilnej pomocy.

A jeśli chcesz po prostu o tym porozmawiać, napisz do mnie. Nie trzeba czekać na żaden dzień.

Avatar photo

Maciej Zapała

Nazywam się Maciej Zapała. Jestem certyfikowanym instruktorem terapii uzależnień (certyfikat PARPA nr 470 - obecnie KCPU) i od lat pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu, narkotyków, leków i hazardu. W swojej praktyce zajmuję się zarówno osobami uzależnionymi, jak i ich rodzinami. Na blogu Pierwszy Krok piszę o mechanizmach nałogu, procesie terapii i tym, co naprawdę pomaga wrócić do zdrowia i normalnego życia.