
Wakacje pokazują więcej, niż się wydaje
Sierpień jest w Polsce miesiącem abstynencji, a wrzesień miesiącem, w którym wraca zwykłe życie. Między jednym a drugim wielu ludzi dostaje o sobie informację, na którą nie byli przygotowani. Nie zawsze wiedzą, co z nią zrobić.
We wrześniu w gabinecie robi się tłoczniej. Nie dlatego, że w sierpniu wydarzyło się coś dramatycznego. Częściej dlatego, że ludzie wracają z urlopów i przywożą ze sobą pytanie, którego nie potrafili zadać w lipcu. To jest moment, na który czekam co roku. Nie z satysfakcją – raczej z gotowością. Bo wrzesień jest jednym z niewielu momentów w roku, kiedy człowiek widzi siebie wyraźniej, niż zwykle chciałby widzieć.
W Polsce sierpień od dziesięcioleci jest miesiącem abstynencji. Episkopat apeluje o nią nieprzerwanie od 1984 roku i apel ten kierowany jest do wszystkich, nie tylko do osób, które mają z alkoholem problem. Ludzie podejmują ją z bardzo różnych powodów. Jedni religijnie. Inni dla zakładu z kolegą. Jeszcze inni po prostu dlatego, że chcieli sprawdzić, czy dadzą radę.
Motyw nie ma tu większego znaczenia. Znaczenie ma to, że pod koniec sierpnia bardzo wielu ludzi w tym kraju ma za sobą miesiąc bez alkoholu i staje przed pytaniem, co z tą wiedzą zrobić.
Jest też druga grupa. Ci, którzy niczego nie postanawiali, pojechali na urlop i wrócili z niepokojem, którego nie umieją nazwać. Ten tekst jest właściwie o nich obu. Urlop robi coś, czego nie robi żaden inny czas w roku. Zdejmuje strukturę. Zdejmuje ramy. Nie ma godzin. Nie ma obowiązków. Nie ma spotkania o dziewiątej, przed którym trzeba być w formie. Nie ma ludzi, którzy patrzą. Nie ma poniedziałku, który wymusza koniec.
A struktura potrafi przez lata bardzo skutecznie przykrywać problem. Praca trzyma. Rutyna trzyma. Konieczność odwiezienia dziecka do szkoły trzyma. Wielu moich pacjentów przez długi czas było przekonanych, że mają kontrolę, a mieli tylko kalendarz, który im tę kontrolę wypożyczał od poniedziałku do piątku. Kiedy kalendarz znika, zostaje to, co jest naprawdę. I to jest pierwsza rzecz, którą wakacje pokazują.
Druga rzecz jest zdaniem, które słyszę we wrześniu częściej niż jakiekolwiek inne: „nie odpocząłem”. Człowiek miał dwa tygodnie wolnego, morze albo góry, brak maili… i wrócił bardziej zmęczony, niż wyjeżdżał. Zwykle tłumaczy to sobie podróżą, dziećmi, upałem albo tym, że urlop był za krótki. Rzadko tłumaczy to alkoholem. A alkohol jest tu najczęściej odpowiedzią.
Nie mówię tego z pozycji moralnej. Mówię z pozycji fizjologii. Alkohol pozwala szybciej zasnąć, ale rozbija drugą połowę nocy – tę, w której organizm faktycznie się regeneruje. Do tego dokłada poranny niepokój, który nie ma żadnego powodu w rzeczywistości, bo powód jest chemiczny. Dwa tygodnie takiego rytmu to nie odpoczynek. To dług, który się spłaca we wrześniu.
Jeśli wróciłeś z wakacji wyczerpany i nie potrafisz tego wytłumaczyć, to warto zapytać samego siebie, ile w tym czasie piłeś. Nie po to, żeby się obwinić. Po to, żeby przestać szukać wyjaśnienia tam, gdzie go nie ma.
Trzecia rzecz jest najtrudniejsza. Wakacje zabierają alibi. Przez jedenaście miesięcy w roku picie ma powód. Stres. Klient. Termin. Ciężki tydzień. Awantura w domu. Zmęczenie. Każdy kieliszek ma swoją historię i ta historia zwykle brzmi sensownie. Na urlopie tych historii nie ma. Nie ma stresu, nie ma terminów, nie ma nikogo, kto by cię wykończył. Jeśli mimo to ilość nie spadła (albo wzrosła) to znaczy, że stres nigdy nie był powodem. Był tylko kostiumem.
To bywa bardzo bolesne odkrycie. Ale jest w nim też coś, co wielu ludziom przynosi ulgę. Bo kiedy przestajesz szukać winnych okoliczności, przestajesz też czekać, aż okoliczności się poprawią. A na to czekanie ludzie potrafią stracić dziesięć lat.
Wróćmy teraz do sierpniowej abstynencji. Kiedy ktoś mówi mi, że wytrzymał miesiąc bez alkoholu, nie pytam, jak ci się to udało. To pytanie prawie nic nie wnosi. Pytam o coś innego: ile cię to kosztowało? Jeśli miesiąc przeszedł właściwie niezauważony, jeśli nie trzeba było o tym myśleć, tłumaczyć się, kombinować – to dobra informacja i warto ją potraktować poważnie.
Ale jeśli trzeba było unikać niektórych spotkań. Jeśli liczyłeś dni. Jeśli pierwszy tydzień był fatalny – sen płytki, rozdrażnienie, ręce niespokojne. Jeśli w domu zrobiło się z tego powodu napięcie. Jeśli negocjowałeś sam ze sobą, że wesele albo urodziny brata to przecież wyjątek i nie liczy się do postanowienia. Jeśli 1 września czekałeś od rana na ten pierwszy kieliszek jak na nagrodę…
To wszystko też jest wynikiem. I szczerze mówiąc, jest wynikiem ważniejszym niż sam fakt utrzymania abstynencji. Bo o uzależnieniu nie decyduje to, czy potrafisz przestać. Bardzo wielu ludzi potrafi przestać na miesiąc. Decyduje to, co ten miesiąc z tobą robi i co się dzieje potem.
Jeśli przerwa skończyła się powrotem mocniejszym niż to, co było przed nią, warto o tym przeczytać osobno, bo to zjawisko ma swoją logikę i nie jest kwestią słabej woli. Pisałem o tym w tekście o nawrocie choroby alkoholowej.
Teraz o samym wrześniu. Mam wrażenie, że wrzesień jest lepszym momentem na decyzję niż styczeń i mówię to po latach obserwowania obu. Styczniowe postanowienia są głośne. Ogłasza się je przy stole, w pracy, znajomym. Mają publiczność, a więc mają też wstyd wpisany w konstrukcję. Kiedy się nie udają (a najczęściej się nie udają) – człowiek nie tylko wraca do picia. Wraca do picia z dodatkowym poczuciem porażki, o którym wszyscy wiedzą.
Wrześniowa decyzja jest cicha. Nikt jej nie ogłasza, bo nie ma po temu okazji. Podejmuje się ją zwykle w samochodzie w drodze z pracy albo w niedzielę wieczorem. I właśnie dlatego bywa trwalsza – bo nie musi niczego udowadniać. Wrzesień ma jeszcze jedną zaletę. Wracają ramy. Wracają godziny, obowiązki, rytm. Na tym da się coś oprzeć, a na sierpniowym rozprężeniu nie da się oprzeć niczego.
Jest tu jednak pułapka, o której muszę uczciwie napisać, bo widzę ją co roku. Nazywam ją pułapką pierwszego: „Od pierwszego września przestaję”. „Od poniedziałku ograniczam”. „Jak dzieci wrócą do szkoły, to się tym zajmę”. Samo wyznaczenie daty przynosi natychmiastową ulgę. Napięcie spada, poczucie winy maleje, człowiek czuje się tak, jakby już coś zrobił. Tyle że nie zrobił nic. Po prostu przesunął problem o dwa tygodnie i kupił sobie za to spokój.
To jest ten sam mechanizm, który sprawia, że rodziny latami żyją między jedną deklaracją a drugą. Pisałem o nim szerzej w tekście o tym, kiedy obietnice trzeźwości przestają uspokajać rodzinę. Dlatego kiedy pacjent mówi mi „od pierwszego”, zwykle nie pytam, od kiedy. Pytam, co konkretnie wydarzy się w tym tygodniu.
Warto też uważać na drugą wrześniową pokusę, która wygląda zupełnie niewinnie: wpaść w obroty. Nowy rok szkolny, nowe projekty, nadrabianie, pęd. Pęd potrafi być doskonałym sposobem na to, żeby nie poczuć niczego z tego, co pokazały wakacje. O tym, jak ciągłe działanie staje się ucieczką, też już tu pisałem.
Zostaje ostatnia rzecz, najważniejsza. Ludzie odkładają decyzję latami, bo wyobrażają sobie, że oznacza ona natychmiastowe rzucenie wszystkiego: ośrodek, kilka tygodni poza domem, tłumaczenie się w pracy i przed rodziną. To wyobrażenie jest tak ciężkie, że łatwiej jest nie robić nic. Tymczasem pierwszym krokiem nie jest ośrodek. Pierwszym krokiem jest jedna rozmowa. Godzina, w której ktoś, kto się na tym zna, pomoże ci zobaczyć, gdzie właściwie jesteś. To nie jest zobowiązanie do terapii. To jest zebranie informacji przed decyzją – dokładnie tak, jak robi się przed każdą inną poważną decyzją w życiu.
Bardzo wielu ludzi wychodzi z takiej rozmowy z ulgą. Czasem dlatego, że usłyszało, że jest mniej źle, niż się bali. Czasem dlatego, że po raz pierwszy ktoś nazwał to, z czym mieszkali od lat, i przestali być z tym sami.
A jeśli ten tekst czyta ktoś, kto nie pije, tylko patrzy – wrzesień jest też twoim momentem. Bo ty zwykle widzisz to wszystko wcześniej i wyraźniej. Nie musisz nikogo zmuszać, bo zmusić się nie da. Ale nie musisz też udawać, że nie widzisz. To dwie różne rzeczy i warto je od siebie oddzielić. Jeśli czujesz, że twoje życie zaczęło się kręcić wokół cudzego picia, zajrzyj do tekstu o tym, jak rozpoznać współuzależnienie.
Wakacje nie mówią ci, kim jesteś. Pokazują tylko, co się dzieje, kiedy nikt nie patrzy i nic nie musi. To i tak bardzo dużo. Większość ludzi nie dostaje takiej informacji o sobie ani razu w roku. Reszta to jedno pytanie, na które nikt nie odpowie za ciebie: co z tą wiedzą zrobisz, zanim wrócą kolejne wakacje.
Jeśli chcesz o tym porozmawiać – spokojnie, bez oceniania i bez zobowiązań – napisz do mnie.



