Telefon odwrócony ekranem do spodu, symbolizujący trudność wypowiedzenia pierwszego zdania

Najtrudniejsze jest pierwsze zdanie

Większość ludzi nie odkłada leczenia dlatego, że nie wie, gdzie zadzwonić. Odkłada je, bo nie wie, co powiedzieć w pierwszym zdaniu. O tym, dlaczego to zdanie jest tak trudne i dlaczego nie musi zawierać słowa, którego wszyscy się boją.

Często zdarza mi się odebrać telefon, w którym po drugiej stronie nikt się nie odzywa. Słychać, że ktoś tam jest. Słychać nerwowy oddech, czasem ktoś powie „przepraszam, pomyłka” i się rozłączy. Czasem oddzwoni za trzy tygodnie i wtedy już coś powie.

Zdarza się też inny wariant, znacznie częstszy. Ktoś dzwoni i mówi, że pyta w sprawie kolegi z pracy. Opisuje jego sytuację dokładnie, ze szczegółami, które trudno znać z opowieści. Po dwudziestu minutach pada zdanie: „panie Macieju, to nie jest kolega”.

Przez lata myślałem, że ludzie odkładają leczenie, bo nie wiedzą, gdzie się zgłosić. Dziś wiem, że to nieprawda. Numer telefonu znajduje każdy, kto chce. Problem zaczyna się w momencie, w którym trzeba powiedzieć pierwsze zdanie o sobie.

Bo to zdanie, tak ludzie często myślą – musi zawierać wyrok. Osoby z problemem uzależnienia są przekonane, że żeby umówić się do terapeuty uzależnień, trzeba najpierw powiedzieć o sobie „jestem alkoholikiem”. Że to jest warunek wstępny, coś w rodzaju hasła przy wejściu. A ponieważ nikt nie chce wypowiedzieć tego na głos, zwłaszcza po raz pierwszy i do obcego człowieka, cała sprawa przesuwa się o kolejne pół roku.

Chcę więc powiedzieć jasno: nie musisz.

Diagnoza nie jest warunkiem wejścia. Jest wynikiem pracy, którą się dopiero wykonuje, i to nie pacjent ma ją postawić samemu sobie w drzwiach. Nikt nie wymaga od człowieka, który idzie do kardiologa, żeby najpierw sam określił, co mu dolega. Wystarczy, że powie, co się tak naprawdę dzieje.

Pierwsze zdanie może brzmieć zupełnie zwyczajnie. „Chciałbym porozmawiać o swoim piciu.” „Od jakiegoś czasu biorę więcej tabletek, niż powinienem.” „Nie wiem, czy to już problem, ale żona twierdzi, że tak.” „Przestałem panować nad snem.”

Każde z nich w zupełności wystarczy. Żadne nie przesądza, czym to się skończy.

Można też powiedzieć coś jeszcze prostszego, i słyszę to częściej, niż ktokolwiek by przypuszczał: „nie wiem, od czego zacząć”. To też jest pierwsze zdanie. Dobre, kompletne, w zupełności wystarczające.

Potem zresztą nie dzieje się nic z tego, czego ludzie się spodziewają. Nie ma przesłuchania, nie ma oceniania, nie ma momentu, w którym trzeba się przyznać przed kimś do czegokolwiek. Jest rozmowa o faktach. Od kiedy. Ile. Co się zmieniło w ostatnim roku. Czy były przerwy i jak wyglądały. Pytam o rzeczy, na które odpowiedź zna każdy, kto o tym myślał.

Bardzo wielu ludzi wychodzi z takiej pierwszej rozmowy z ulgą, i to niezależnie od tego, co usłyszeli. Czasem dlatego, że okazało się to łatwiejsze, niż sądzili. Czasem dlatego, że pierwszy raz od lat ktoś nazwał sytuację po imieniu, a oni przestali być z nią sami.

W tym tygodniu przypada Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego i w tym roku mówi się przy tej okazji o tym, żeby ludzie z własnym doświadczeniem choroby byli słyszalni. Myślę o tym akurat w kontekście tych cichych telefonów.

Bo z depresją coś się już w Polsce zmieniło. Ludzie mówią znajomym, że są w terapii, biorą zwolnienie i tłumaczą je wprost. Przy uzależnieniu wciąż trzeba przejść przez zdanie, które brzmi jak przyznanie się do winy. I to jest, moim zdaniem, najdroższa różnica w całej tej sprawie – pisałem o niej szerzej w tekście o tym, dlaczego o uzależnieniu wciąż mówimy szeptem.

Różnica mierzy się w latach. Wstyd nie zatrzymuje picia. Zatrzymuje tylko leczenie.

Jeżeli czytasz to jako osoba bliska, masz w tym swoją rolę i jest ona inna, niż się zwykle sądzi. Nie polega na wymuszeniu, żeby ktoś wreszcie powiedział o sobie to słowo, czy to zdanie. Awantura, w której pada „przyznaj wreszcie, że jesteś alkoholikiem”, kończy się zawsze tak samo: człowiek zaprze się mocniej, a ty dostaniesz kolejny dowód, że nic się nie da zrobić.

Znacznie więcej daje zdjęcie z kogoś konieczności nazywania siebie. „Nie musisz nic ogłaszać. Umów się na jedną rozmowę i zobacz, co powiedzą.” To jest propozycja, którą da się przyjąć bez utraty twarzy, a o to w tym wszystkim chodzi bardziej, niż się wydaje. Pisałem o tym w tekście o rozmowie z osobą uzależnioną.

I jeszcze jedno, dla tych, którzy to zdanie już wypowiedzieli i mimo to czują się gorzej niż przedtem. To się zdarza i nie oznacza, że coś poszło nie tak. Po odstawieniu zwykle wychodzi to, co substancja przykrywała: lęk, obniżony nastrój, bezsenność. To też się leczy, tylko trzeba o tym powiedzieć, zamiast czekać, aż samo minie. A jeśli w którymś z tych wieczorów pojawia się myśl, że nie ma sensu żyć, nie zostawaj z nią sam – numery, pod którymi ktoś odbierze o każdej porze, są na stronie pilnej pomocy.

Wracając do tych telefonów. Prawie każdy, kto w końcu powiedział pierwsze zdanie, mówi potem to samo: że przez miesiące wyobrażał sobie tę rozmowę zupełnie inaczej. Że przygotowywał całe przemówienie, a wystarczyło jedno zdanie, i to byle jakie.

Pierwsze zdanie nie musi być mądre. Nie musi być pełne ani prawdziwe w stu procentach. Musi tylko zostać wypowiedziane, bo dopiero po nim zaczyna się cała reszta.

Jeśli nie wiesz, jak zacząć, napisz do mnie. Nie musisz niczego nazywać ani niczego postanawiać – wystarczy napisać, co się dzieje.

Avatar photo

Maciej Zapała

Nazywam się Maciej Zapała. Jestem certyfikowanym instruktorem terapii uzależnień (certyfikat PARPA nr 470 - obecnie KCPU) i od lat pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu, narkotyków, leków i hazardu. W swojej praktyce zajmuję się zarówno osobami uzależnionymi, jak i ich rodzinami. Na blogu Pierwszy Krok piszę o mechanizmach nałogu, procesie terapii i tym, co naprawdę pomaga wrócić do zdrowia i normalnego życia.