
Cisza, która została po alkoholu
Przez lata wieczór miał swój scenariusz. Kiedy znika alkohol, zostaje po nim kilka godzin, z którymi nie wiadomo, co zrobić. O ciszy, która przychodzi zamiast ulgi, i o tym, dlaczego bywa trudniejsza niż samo odstawienie.
Jeden z moich pacjentów powiedział kiedyś zdanie, które wraca do mnie bardzo często: „Panie Macieju, ja nie mam problemu z piciem. Ja mam problem z wieczorem”.
Nie pił wtedy od dwóch miesięcy. Rzecz w tym, że przez poprzednich kilkanaście lat jego wieczór miał swój scenariusz. Powrót z pracy, przebranie się, pierwszy kieliszek około osiemnastej. Potem telewizor, drugi kieliszek, trzeci, rozmowa z żoną – coraz krótsza, w pewnym momencie sen. Nic z tego nie wymagało decyzji. Wieczór po prostu się toczył i mijał. Sam.
A teraz jest siedemnasta trzydzieści i widmo pięciu godzin, które trzeba czymś wypełnić. Żadna z nich nie mija sama.
O tej ciszy prawie się nie mówi. Kiedy ktoś przestaje pić, wszyscy wokół mówią o tym, co zyskał. Zdrowie, pieniądze, spokój w domu, twarz, która wygląda jak dawniej. Ale nikt nie mówi o tym, że coś jednocześnie zniknęło i że w miejscu, które zajmowało, zrobiło się pusto.
Przez lata alkohol nie był w jego życiu tylko przyjemnością. Był sposobem na przejście z dnia w noc. Zamykał sprawy, wyłączał myślenie o jutrze, skracał czas między powrotem do domu a snem. Robił to zawsze tak samo i zawsze skutecznie. Niewiele rzeczy w dorosłym życiu jest równie niezawodnych.
Kiedy to znika, wraca wszystko, co dotąd było wyciszane. Nie od razu. Najpierw pojawia się nuda, potem niepokój, później myśli, które przez lata nie miały kiedy się odezwać. O tym, że praca przestała cieszyć. O tym, że rozmowa z żoną urywa się po trzech zdaniach i nikt nie wie, od czego ją zacząć na nowo. O dzieciach, które patrzą na niego jak na kogoś nieobecnego.
Cisza nie jest więc brakiem hałasu. Jest brakiem znieczulenia.
Bywa też zupełnie dosłowna. W wielu domach, w których przez lata było głośno, po odstawieniu robi się nienaturalnie cicho. Wszyscy chodzą ostrożnie. Żona nie pyta, jak minął dzień, bo boi się, że to zabrzmi jak kontrola. Dzieci nadal nie zapraszają kolegów, chociaż od miesięcy nie mają powodu do wstydu. Nikt nie chce się cieszyć pierwszy, bo za wcześnie wypowiedziana radość już się kiedyś nie sprawdziła.
Taki dom jest spokojny, ale nie jest jeszcze bezpieczny. Wszyscy czekają, czy to się utrzyma. Czy nie pęknie.
Widzę wtedy zwykle dwie reakcje i obie są zrozumiałe.
Pierwsza to ucieczka w zajęcia. Człowiek zapisuje się na siłownię, bierze nadgodziny, remontuje łazienkę, zaczyna biegać, wchodzi w trzy nowe projekty naraz. To bywa skuteczne i naprawdę pomaga przetrwać pierwsze tygodnie. Ale ciągłe działanie potrafi być kolejnym sposobem na to, żeby niczego nie poczuć. Zmienia się wtedy tylko narzędzie.
Druga reakcja to złość. Na rodzinę, że nie docenia. Na siebie, że po tylu latach nie potrafi przeżyć zwykłego wtorkowego wieczoru. Na to, że wszyscy dookoła piją lampkę wina przy kolacji i nic im się strasznego nie dzieje. Ta złość bywa ostatnim etapem przed powrotem do picia, bo prowadzi prosto do myśli, że skoro trzeźwość tak wygląda, to chyba nie warto.
Dlatego mówię pacjentom rzecz, która na początku brzmi niepoważnie: wieczór trzeba zaplanować. Nie wypełnić po brzegi, tylko zaplanować. Wiedzieć, co się będzie robić o dziewiętnastej i o dwudziestej pierwszej. Mieć jedną rzecz, na którą czeka się w ciągu dnia. Mieć jeden numer telefonu, pod który można zadzwonić bez tłumaczenia się, po co.
I jeszcze jedno, ważniejsze. Trzeba wiedzieć, że ta cisza jest etapem, a nie stanem docelowym.
W pierwszych tygodniach wieczór jest pusty, bo zniknęło coś, co go wypełniało, a nic jeszcze nie zajęło tego miejsca. Po kilku miesiącach ta sama cisza zaczyna działać inaczej. Człowiek zauważa, że wieczorem nikt nie musi go pilnować. Że rano wstanie, pamiętając cały poprzedni dzień. Że nie ma nic do ukrycia i nie trzeba pilnować własnych wersji wydarzeń.
Ludzie opisują to zwykle jako spokój, którego wcześniej nie znali. Ale on nie przychodzi w trzecim tygodniu. Przychodzi znacznie później, zwykle wtedy, gdy przestaje się go wypatrywać.
Warto też wiedzieć, kiedy cisza przestaje być tylko ciszą. Jeśli po kilku tygodniach nadal nic nie cieszy, nie ma energii na nic, sen nie wraca, a myśli o sobie są coraz czarniejsze, to nie jest już oswajanie się z nowym wieczorem. To coś, co wymaga leczenia. Pisałem o tym osobno w tekście o tym, dlaczego uzależnienie często nie jest jedynym problemem. A jeśli w takim wieczorze pojawia się myśl, że nie ma sensu żyć, nie zostawaj z nią sam. Numery, pod którymi ktoś odbierze o każdej porze, są na stronie pilnej pomocy.
Cisza, która została po alkoholu, nie jest pustką po czymś dobrym. Jest miejscem, które się zwolniło. Na początku wygląda jak strata i tak właśnie się ją przeżywa. Dopiero z czasem widać, że to była przestrzeń na coś lepszego. Znacznie lepszego.
Jeśli poznajesz w tym siebie albo kogoś bliskiego, napisz do mnie – porozmawiamy spokojnie, bez oceniania i bez zobowiązań.



