
Depresja, lęk, bezsenność. Dlaczego uzależnienie często nie jest jedynym problemem
Odstawienie bywa początkiem, nie końcem. Z okazji zbliżającego się Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego, wyjaśniam, dlaczego po odstawieniu często wracają lęk, depresja i bezsenność oraz co trzeba leczyć razem z uzależnieniem.
Bliscy osoby uzależnionej, chorej, którzy przychodzą do mnie pierwszy raz, mają zwykle wiele pytań. Ale jeden temat wraca prawie zawsze: kiedy to się wreszcie skończy. Kiedy ona, czy on, przestaną pić albo brać. Rozumiem, skąd się bierze. Picie czy branie było w tym domu największym problemem od lat i wszystko inne schodziło na dalszy plan. Kiedy więc ktoś w końcu przestaje, wydaje się, że sprawa jest załatwiona. Że najtrudniejsze już za nami.
A potem przychodzi trzeci miesiąc abstynencji. Mąż albo syn nie pije, to prawda. Ale nic go nie cieszy, całymi dniami leży, nie śpi w nocy albo przesypia pół dnia i wybucha o byle co. Żona dzwoni do mnie i pyta, czy on na pewno nie pije po kryjomu. I zwykle nie pije.
To jest ten moment, w którym widać coś, co przez lata było przykryte, schowane. Uzależnienie jest chorobą, ale bardzo rzadko jest chorobą jedyną. Ten tekst jest drugą częścią serii, którą zacząłem tydzień temu, w nawiązaniu do Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego (10 października).
Co odsłania abstynencja
Alkohol czy narkotyk pełni w życiu człowieka konkretną, określoną funkcję. Wycisza lęk przed spotkaniem, pozwala zasnąć, odcina od wspomnień. Bywa, że dodaje energii rano lub rozluźnia po pracy. To nie jest tylko przyjemność. To jest narzędzie, którym ktoś reguluje swój stan. Narzędzie niszczące i nieskuteczne na dłuższą metę, ale działające od razu i za każdym razem tak samo.
Tu leży zresztą jeden z powodów, dla których tak trudno z tego zrezygnować. Mało co działa równie szybko. Terapia nie zadziała w kwadrans. Rozmowa z żoną nie zadziała w pięć minut. Alkohol zadziała.
Kiedy to narzędzie znika, wraca wszystko to, co dzięki niemu dało się zasłonić. Często w mocniejszej postaci, bo przez lata nikt się tym nie zajmował. Do tego organizm musi się dopiero na nowo nauczyć radzić sobie samodzielnie z tym, co dotąd robiła za niego substancja. Dlatego pierwsze miesiące trzeźwości bywają trudniejsze psychicznie niż ostatnie miesiące picia. To nie znaczy, że abstynencja szkodzi. To znaczy, że dopiero teraz widać prawdziwy obraz choroby.
W gabinecie widzę zwykle jedną z trzech sytuacji. Czasem coś było wcześniej, a substancja to przykrywała. Czasem to lata picia doprowadziły do zaburzenia, którego wcześniej nie było. Najczęściej jednak jedno i drugie splątało się tak, że nie da się już powiedzieć, co było pierwsze. Ta trzecia możliwość jest dla leczenia najważniejsza. Skoro nie wiadomo, co było pierwsze, trzeba próbować rozwiązywać te problemy równolegle.
Pierwsze miesiące trzeźwości, czyli czego nikt nie zapowiada
Wielu ludzi wchodzi w abstynencję z takim wyobrażeniem: przetrwam pierwszy tydzień, a potem będzie już tylko lepiej. Kiedy tak się nie dzieje, uznają, że coś jest z nimi nie tak. Tymczasem pierwsze miesiące mają dość powtarzalny przebieg. Warto go znać, zanim się w to wejdzie. To nie jest harmonogram, bo każdy ma swoje tempo, ale kolejność zwykle wygląda podobnie.
Pierwsze dni. To etap czysto medyczny. Jeśli ktoś pił codziennie przez długi czas albo brał leki uspokajające czy nasenne, odstawienie bywa groźne dla zdrowia i wymaga nadzoru lekarza, a często odtrucia. Na tym etapie nie ocenia się jeszcze stanu psychicznego. Wszystko, co wtedy widać, jest gwałtowną reakcją organizmu na brak określonej substancji.
Pierwsze dwa, trzy tygodnie. Zwykle przychodzi wyraźna poprawa. Wraca apetyt i sen, poprawia się wygląd, człowiek zaczyna normalnie funkcjonować. Rodzina często odbiera to jako dowód, że problem został rozwiązany. W gabinecie nazywam ten czas miesiącem miodowym i uprzedzam, że on niestety minie.
Trzeci i czwarty tydzień. Wtedy zaczyna się najtrudniejsze. Nastrój spada, wraca drażliwość, pojawia się pustka i nuda, a sen znowu robi się płytki. Część osób mówi wprost, że czują się gorzej niż wtedy, gdy pili. To nie jest nawrót choroby ani dowód na to, że leczenie nie działa. To etap, w którym układ nerwowy dopiero odbudowuje swoją równowagę.
Od drugiego do szóstego miesiąca. Objawy stopniowo słabną, ale falują. Bywa kilka dobrych tygodni, a potem nagle gorszy dzień bez wyraźnego powodu. W literaturze nazywa się to przedłużonym zespołem abstynencyjnym. Dla pacjenta wniosek jest prosty: nie można oceniać całego leczenia po jednym złym tygodniu.
Z tego rozkładu wynika coś ważnego. Większość nawrotów, które widzę, nie zdarza się w pierwszym tygodniu, kiedy człowiek jest zmobilizowany i ma wokół siebie ludzi. Zdarza się w drugim i trzecim miesiącu. Wtedy formalnie wszystko jest już w porządku, wszyscy przestali się przejmować, a on sam ma poczucie, że wyszedł na prostą i nic z tego nie ma.
Uzależnienie a depresja i lęk. Co z czego wynika
Depresja i zaburzenia lękowe to dwie rzeczy, które przy uzależnieniu widuję najczęściej. Pytanie „co było pierwsze” pada prawie zawsze i prawie zawsze jest mniej ważne, niż się wydaje.
Czasem jest tak, że ktoś latami miał obniżony nastrój albo bał się ludzi. W końcu odkrył, że alkohol na jakiś czas to wyłącza, neutralizuje. Mówimy wtedy o samoleczeniu. To jedna z najczęstszych dróg do uzależnienia u osób, które nigdy nie piły dla zabawy. Taki człowiek zwykle nie pije w towarzystwie. Pije sam, wieczorem, żeby dało się wytrzymać następny dzień.
Czasem jest odwrotnie. Nastrój rozsypuje się dopiero po latach picia, bo alkohol zmienia pracę mózgu, rozbija sen i po kolei niszczy wszystko, co dawało poczucie sensu: pracę, relacje, zdrowie. Ta droga jest równie częsta. Pisałem o niej osobno przy okazji alkoholu i spadków nastroju oraz depresji po narkotykach.
W praktyce kieruję się prostą zasadą. Część objawów depresyjnych i lękowych mija sama w ciągu kilku tygodni od odstawienia. Ale jeśli po mniej więcej miesiącu trzeźwości nastrój nadal jest wyraźnie obniżony, nic nie sprawia przyjemności, brakuje energii, a myśli o sobie są czarne, to nie jest już schodzenie z substancji. To osobna choroba i trzeba ją leczyć.
Z lękiem jest podobnie. Niepokój w pierwszych dniach po odstawieniu to zwykła fizjologia. Ale jeśli po kilku tygodniach ktoś nadal nie potrafi pojechać autobusem, odebrać telefonu od szefa albo wejść do sklepu, to już nie jest skutek odstawienia. To zaburzenie lękowe, które wcześniej było gaszone alkoholem, a teraz zostało bez niczego.
Nie warto wtedy czekać, aż samo się ułoży. Nieleczona depresja to jeden z najsilniejszych czynników ryzyka powrotu do picia. Jest też coś ważniejszego. Jeśli pojawiają się myśli, że nie ma sensu żyć, połączenie takich myśli z alkoholem jest wyjątkowo niebezpieczne. Numery, pod którymi ktoś odbierze o każdej porze, znajdziesz na stronie pilnej pomocy.
Sen, który wraca najdłużej
Sen zasługuje na osobny akapit, bo wraca najwolniej i najczęściej bywa powodem nawrotu. Człowiek, który przez lata zasypiał po alkoholu albo po tabletce, po odstawieniu przez wiele tygodni śpi płytko, budzi się w nocy i rano wstaje niewyspany. To normalny etap zdrowienia, a nie dowód na to, że bez tego nie da się żyć. Problem w tym, że po trzech takich nocach z rzędu zdanie „jedna lampka i się wyśpię” brzmi bardzo rozsądnie.
Bezsenność ma jeszcze jedną cechę, o której rzadko się mówi. Pogarsza wszystko inne. Po kilku nieprzespanych nocach trudniej znieść stres, łatwiej wybuchnąć i trudniej spojrzeć z dystansu na własne myśli. Ktoś, kto nie śpi, ma gorszy nastrój nie dlatego, że coś się stało, tylko dlatego, że nie śpi. A stąd już blisko do przekonania, że tak zostanie na zawsze.
Dlatego snem trzeba się zająć osobno i na poważnie. Stałe pory kładzenia się i wstawania, mniej drzemek w ciągu dnia, ruch, wieczór bez telefonu. Jeśli mimo to nic się nie zmienia, potrzebna jest konsultacja lekarska. Warto przy tym wiedzieć, że nie każda pomoc farmakologiczna jest tu bezpieczna. Piszę o tym niżej.
Co często było wcześniej niż substancja
Kiedy pytam pacjentów, po co sięgnęli pierwszy raz, rzadko słyszę, że dla przyjemności. Znacznie częściej słyszę o czymś, co było wcześniej.
Lęk. Przed ludźmi, przed oceną, czasem bez konkretnego powodu. Alkohol i leki uspokajające działają na niego od razu, więc szybko stają się protezą. Osoby z lękiem społecznym opisują to zwykle tak samo: jeden kieliszek przed wyjściem sprawiał, że w ogóle można było wyjść z domu.
Trauma. Przemoc, wypadek, nagła strata, trudne dzieciństwo. Substancja wycisza wspomnienia i reakcje ciała. Kiedy znika, one wracają. To jeden z najtrudniejszych momentów w terapii. Bywa, że ktoś dopiero na trzeźwo zaczyna śnić o czymś, o czym nigdy nikomu nie powiedział.
ADHD i podobne trudności. U części dorosłych diagnoza pojawia się dopiero po czterdziestce, często przy okazji leczenia uzależnienia. Wcześniej przez całe życie słyszeli, że są roztrzepani, niezorganizowani albo leniwi. Alkohol i inne substancje pozwalały im jakoś funkcjonować.
Przewlekły ból i bezsenność. To najczęstsza droga do uzależnienia od leków. Ktoś dostał receptę, brał zgodnie z zaleceniem, a po kilku miesiącach okazało się, że bez tabletki nie zaśnie i nie przetrwa dnia. Te osoby najdłużej nie uważają się za uzależnione, bo przecież wszystko działo się legalnie i za wiedzą lekarza.
Strata. Śmierć kogoś bliskiego, rozwód, utrata pracy albo firmy. Picie zaczyna się wtedy jako znieczulenie na kilka tygodni, a zostaje na kilka lat. Żałoba się nie kończy, tylko czeka.
Żadna z tych rzeczy nie usprawiedliwia tego, co uzależnienie robi rodzinie. Ale każda z nich tłumaczy, dlaczego samo „przestań” nie działa. Człowiek nie rezygnuje wtedy z przyjemności. Rezygnuje z jedynego sposobu radzenia sobie, jaki zna. Jeśli nie dostanie w zamian innego, prędzej czy później wróci do starego.
Trzy sytuacje, które widuję najczęściej
Poniższe opisy nie dotyczą konkretnych osób. To złożenia sytuacji, które powtarzają się w mojej pracy tak często, że rozpozna je każdy terapeuta uzależnień.
Mężczyzna po pięćdziesiątce, który nigdy nie pił w towarzystwie. Prowadzi firmę i w pracy nikt niczego nie zauważył. Pił sam, wieczorami, przez dziesięć lat. Kiedy przestał, okazało się, że nie potrafi usiedzieć w ciszy i nie ma pojęcia, co ze sobą zrobić po siedemnastej. Po dwóch miesiącach psychiatra rozpoznał u niego zaburzenia lękowe. Istniały na długo przed pierwszym wieczornym kieliszkiem. Gdyby leczyć tylko picie, leczylibyśmy objaw.
Kobieta, która przyszła przez leki, a nie przez alkohol. Kilka lat temu dostała receptę na lek uspokajający po ciężkim okresie w pracy. Bierze do dziś, w coraz większych dawkach, i nie ma poczucia, że robi coś złego. Do gabinetu trafia dopiero wtedy, gdy lekarz odmawia kolejnej recepty. Tu odstawianie musi prowadzić lekarz, a pod spodem czeka to, co lek przez lata wyciszał. Zwykle lęk i bezsenność.
Ktoś, kto wraca po trzecim nawrocie. Był już na terapii i wie o uzależnieniu więcej niż niejeden student psychologii. Za każdym razem wytrzymywał kilka miesięcy. Przy dokładniejszej rozmowie okazuje się, że po każdej z tych przerw wracało to samo: bezsenność, spadek nastroju, wycofanie z kontaktów. Nikt tego nie leczył, bo cała uwaga szła na to, żeby nie pił. To nie jest historia o słabej woli, tylko o niepełnym, wybrakowanym leczeniu.
Wspólny mianownik jest jeden. W każdej z tych sytuacji abstynencja była konieczna i w żadnej nie wystarczyła.
Podwójna diagnoza – kto ma leczyć pierwszy
Kiedy ktoś ma jednocześnie uzależnienie i inną chorobę psychiczną, mówimy o podwójnej diagnozie. W praktyce wygląda to często tak samo. Psychiatra mówi, żeby najpierw odstawić i wrócić. Terapeuta uzależnień mówi, że najpierw trzeba ustabilizować stan psychiczny. Pacjent chodzi między dwoma gabinetami i nie zaczyna żadnego leczenia.
To nie jest niczyja złośliwość. Oba systemy przez lata rozwijały się osobno. Dziś jednak wiemy, że najlepiej działa leczenie równoległe, prowadzone przez ludzi, którzy się ze sobą kontaktują. Kolejka, w której jedno czeka na drugie, sprawdza się najgorzej.
Co to znaczy w praktyce? Po pierwsze, psychiatra musi wiedzieć o używaniu wszystko: co, ile i od kiedy. Bez tego dobiera leczenie po omacku, a część leków w połączeniu z alkoholem działa inaczej, niż powinna. Po drugie, terapia musi uwzględniać, że ktoś w gorszym epizodzie nie ma takich możliwości jak osoba stabilna. Nie chodzi o taryfę ulgową, tylko o realne tempo. Po trzecie, ktoś musi nad tym wszystkim panować, a rzadko może to być sam pacjent. To właśnie jego zdolność planowania i pilnowania spraw jest w tym momencie najsłabsza.
Jest jeszcze jedna trudność, tym razem czysto diagnostyczna. Wiarygodną ocenę stanu psychicznego da się postawić dopiero po kilku tygodniach abstynencji. Wcześniej obraz zaburza sama substancja i odstawienie. Diagnoza z trzeciego dnia bywa więc myląca w obie strony. Można rozpoznać depresję, której za miesiąc nie będzie, albo przeoczyć chorobę, którą widać dopiero wtedy, gdy opadnie cała reszta.
Szukając miejsca leczenia, warto zadać cztery pytania. Czy prowadzicie pacjentów z podwójną diagnozą? Czy macie stały kontakt z psychiatrą? Kto zajmie się leczeniem po zakończeniu pobytu? Co zrobicie, jeśli w trakcie terapii stan psychiczny się pogorszy? Odpowiedzi powiedzą o placówce więcej niż cała jej strona internetowa.
Leki w trakcie leczenia – co pomaga, a na co uważać
Przy tym temacie w gabinecie pada najwięcej mitów, więc powiem kilka rzeczy wprost. O lekach decyduje lekarz, nie terapeuta. Poniższe uwagi mają tylko pomóc w rozmowie z nim.
Leki przeciwdepresyjne nie uzależniają. To najczęstsza obawa, jaką słyszę od osób po terapii: „właśnie odstawiłem jedno, nie będę brał drugiego”. Działają jednak zupełnie inaczej niż alkohol czy leki uspokajające. Nieleczona depresja jest dla trzeźwości znacznie większym zagrożeniem niż przyjmowanie leku.
Leki uspokajające i nasenne to zupełnie inna sprawa. Bywają potrzebne, zwykle krótko i pod ścisłą kontrolą, na przykład w czasie odtrucia. Ale jako stały sposób na bezsenność u osoby uzależnionej są ryzykowne, bo bardzo łatwo zamieniają jeden problem na drugi. Jeśli lekarz proponuje takie leczenie, upewnij się, że wie o uzależnieniu.
Są też leki, które wspierają samo leczenie uzależnienia. Przy alkoholu stosuje się preparaty zmniejszające głód albo odbierające ochotę na picie. Nie zastępują terapii i nie u każdego działają, ale części osób realnie pomagają przetrwać najtrudniejsze miesiące. Dobiera je lekarz po zbadaniu pacjenta.
Szczerość wobec lekarza jest warunkiem, żeby to wszystko miało sens. Jeśli ktoś zatai picie albo to, co jeszcze bierze, leczenie zostanie dobrane na podstawie nieprawdziwego obrazu. To nie jest kwestia moralna, tylko bezpieczeństwa.
Dlaczego sama abstynencja nie wystarcza
Abstynencja jest konieczna. Bez niej nie da się pracować nad niczym innym, bo alkohol co chwilę kasuje postępy. Ale sama w sobie usuwa tylko objaw. Osoba, która przestała pić i nie zmieniła nic poza tym, po kilku miesiącach bywa trzeźwa i głęboko nieszczęśliwa. Napięta, drażliwa, wycofana, przekonana, że odebrano jej jedyną przyjemność i nic nie dano w zamian. W środowisku terapeutycznym mówi się na to sucha abstynencja. Picia już nie ma, ale cała reszta mechanizmu została nietknięta.
Poznaję ten stan po kilku sygnałach. Człowiek liczy dni, ale nie umie powiedzieć, co się przez ten czas zmieniło. Mówi o trzeźwości jak o karze, którą odsiaduje. Jest dumny, że nie pije, i jednocześnie coraz bardziej rozżalony, że nikt tego nie docenia. Omija każdą sytuację, która mogłaby przypomnieć o piciu, zamiast uczyć się w niej funkcjonować.
Taki stan nie utrzyma się długo. Wcześniej czy później wraca głód alkoholowy, a razem z nim myśl, że skoro i tak jest źle, to jeden kieliszek niczego nie zepsuje. Nawrót ma swoje sygnały ostrzegawcze, ale zaczyna się zwykle właśnie tutaj. W tygodniach, w których na papierze wszystko jest w porządku.
Dlatego w terapii pracujemy nie tylko nad tym, żeby ktoś nie pił. Pracujemy nad tym, żeby nie musiał.
Jak wygląda dobrze ułożone leczenie
Kolejność bywa różna, ale te same elementy wracają niemal zawsze.
Bezpieczne odstawienie. Przy codziennym piciu i przy lekach uspokajających nagłe odstawienie bywa groźne dla zdrowia i wymaga opieki lekarza. Tego etapu nie przechodzi się w pojedynkę.
Rzetelna ocena stanu psychicznego. Najlepiej po kilku tygodniach abstynencji, kiedy widać, co minęło samo, a co zostało.
Terapia uzależnienia. Praca nad mechanizmami choroby, nad głodem, nad sytuacjami ryzykownymi i nad codziennym życiem bez substancji.
Leczenie tego, co współistnieje. Równolegle, a nie kiedyś, potem.
Odbudowa codzienności. Sen, rytm dnia, ruch, relacje, praca. Brzmi banalnie, a w praktyce decyduje o tym, czy trzeźwość da się wytrzymać.
Plan na gorszy tydzień. Ustalony wcześniej i na spokojnie: do kogo zadzwonić, co odpuścić, kiedy umówić wizytę. Gorszy tydzień przyjdzie u każdego, a decyzje podejmowane w jego trakcie są zawsze gorsze od tych podjętych miesiąc wcześniej.
Jeśli zastanawiasz się, czy w waszej sytuacji wystarczy terapia ambulatoryjna, czy potrzebny jest pobyt w ośrodku, pisałem osobno o tym, po czym poznać, że uzależnienie wymaga już leczenia, oraz o tym, kiedy warto pomyśleć o terapii stacjonarnej.
Co to znaczy dla bliskich
Dla rodziny najtrudniejsze jest zwykle to, że po odstawieniu nie przychodzi ulga, na którą czekali latami. Jest trzeźwy, a w domu dalej ciężko. Pojawia się rozczarowanie, a często też złość: tyle wysiłku i po co to wszystko.
Warto wtedy wiedzieć, że to nie jest dowód złej woli ani znak, że terapia nie działa. Zwykle znaczy to tyle, że odsłoniło się to, co było pod spodem, i teraz trzeba się tym zająć.
Z rozmów w gabinecie wiem, że najbardziej pomagają wtedy proste rzeczy. Mówienie o faktach zamiast o ocenach: „nie odzywasz się od trzech dni” zamiast „znowu się nad sobą użalasz”. Nietraktowanie jednego gorszego tygodnia jak zapowiedzi katastrofy. I niepilnowanie leczenia za dorosłego człowieka, bo wtedy bardzo szybko wraca ten sam układ, który istniał wokół picia, tylko z inną treścią. Więcej o tym, jak prowadzić takie rozmowy, pisałem w tekście o rozmowie z osobą uzależnioną.
Jest też druga sprawa, mniej oczywista. Bliscy przez te wszystkie lata też coś na sobie wynieśli: lęk, nadmierną czujność, bezsenność, poczucie winy. Abstynencja tego nie kasuje. Często dopiero wtedy, gdy w domu wreszcie robi się spokojnie, z żony albo z dzieci schodzi całe zmęczenie odkładane przez lata. Dlatego współuzależnienie leczy się osobno i równie poważnie jak samo uzależnienie.
FAQ – najczęstsze pytania
Czy depresja minie sama po odstawieniu alkoholu?
Część objawów mija w ciągu kilku tygodni, bo brały się z działania alkoholu. Jeśli jednak po mniej więcej miesiącu nastrój nadal jest wyraźnie obniżony, brakuje energii i nic nie sprawia przyjemności – to osobny problem i trzeba iść z tym do psychiatry.
Co leczyć najpierw: uzależnienie czy depresję?
Najlepiej obie choroby naraz, we współpracy psychiatry i terapeuty uzależnień. Odkładanie jednego do czasu wyleczenia drugiego zwykle kończy się tym, że nie zaczyna się żadnego.
Czym jest podwójna diagnoza?
To sytuacja, w której jedna osoba ma uzależnienie i jednocześnie inną chorobę psychiczną: najczęściej depresję, zaburzenie lękowe, chorobę afektywną dwubiegunową albo zespół stresu pourazowego. Leczenie musi wtedy obejmować obie sprawy.
Czy osoba uzależniona może brać leki przeciwdepresyjne?
Tak, ale decyduje o tym psychiatra, który zna pełny obraz picia i przyjmowania innych środków. Leki przeciwdepresyjne nie uzależniają, ale ich dobór wymaga szczerości pacjenta.
Co brać na bezsenność po odstawieniu alkoholu?
O lekach decyduje lekarz, który wie o uzależnieniu. Leki nasenne bywają stosowane krótko i pod kontrolą, ale jako stałe rozwiązanie są u osób uzależnionych ryzykowne. Podstawą zostaje praca nad rytmem dnia i higieną snu, bo sen wraca najwolniej ze wszystkiego.
Ile trwa powrót do równowagi psychicznej po odstawieniu?
To bardzo indywidualna sprawa. Pierwsze tygodnie zwykle przynoszą poprawę nastroju i koncentracji. Sen i zdolność odczuwania przyjemności wracają najwolniej, czasem przez kilka miesięcy, a objawy potrafią falować nawet przez pół roku. Jeśli nie ustępują, jest to powód do konsultacji, a nie do czekania.
Dlaczego czuję się gorzej niż wtedy, gdy piłem?
Najczęściej dlatego, że alkohol przez lata doraźnie tłumił lęk, napięcie i problemy ze snem. Po odstawieniu wszystko to wraca naraz, zanim układ nerwowy zdąży się przestawić. To etap przejściowy, ale jeśli trwa dłużej niż kilka tygodni, trzeba go skonsultować, a nie przeczekiwać.
Pytanie „kiedy to się wreszcie skończy” jest zrozumiałe, ale zbyt wąskie. Odstawienie to start, a nie meta. Dopiero za nim zaczyna się właściwa praca: z lękiem, z nastrojem, ze snem, z tym wszystkim, co człowiek przez lata zagłuszał. Dlatego w tej serii piszę o uzależnieniu jako o sprawie zdrowia psychicznego. Nie po to, żeby kogokolwiek rozgrzeszać, tylko po to, żeby leczyć to, co naprawdę wymaga leczenia.
W kolejnych tekstach zajmę się po kolei sprawami, które tu tylko zasygnalizowałem: lękiem po odstawieniu, lekami uspokajającymi i nasennymi oraz ADHD u dorosłych. Jeśli poznajesz w tym siebie albo kogoś bliskiego, napisz do mnie – porozmawiamy spokojnie, bez oceniania i bez zobowiązań.



