Zegar na stole symbolizujący zmianę czasu i jedną, dodatkową godzinę

Dostajemy jedną godzinę. Pytanie, co z nią zrobić

W nocy z soboty na niedzielę cofamy zegarki i dostajemy godzinę, o którą nikt nie prosił. Dwa razy w roku wszyscy udajemy, że czasem da się manipulować. O tym, czego terapia nie potrafi cofnąć, i o godzinie, którą naprawdę dostajemy.

W nocy z soboty na niedzielę przestawiamy zegarki na czas zimowy. Teoretycznie dostajemy jedną dodatkową godzinę. Większość z nas prześpi ją zapewne i w poniedziałek nawet nie będzie pamiętać, że w ogóle ją dostaliśmy.

Dla moich pacjentów godzina jest jednostką zupełnie innego rodzaju. Dla kogoś, kto jest trzy tygodnie po odstawieniu, godzina to nie jest odcinek czasu. To jest coś, co się przeczekuje. Godzina między powrotem z pracy a kolacją. Godzina, w której dawniej nalewało się pierwszy kieliszek i wszystko robiło się łatwiejsze. Godzina, po której zwykle przestawało się już liczyć – kolejne kieliszki, lampki, puszki czy butelki.

Kiedy ktoś mi mówi, że ma za sobą dwa miesiące, wiem, że za tym stoi mniej więcej tysiąc czterysta takich godzin. Żadna z nich nie minęła sama.

Dlatego zmiana czasu, która dla większości ludzi jest drobnym kłopotem organizacyjnym, w pierwszych miesiącach trzeźwości potrafi narobić więcej zamieszania, niż się wydaje. I nie chodzi tu o samą godzinę snu. Chodzi o to, że od poniedziałku robi się ciemno zaraz po szesnastej, a wieczór, ten wieczór, który dotąd jakoś sam się kończył, nagle zaczyna się o godzinę wcześniej. Dzień kurczy się od końca.

A schemat dnia w pierwszych miesiącach po odstawieniu trzyma człowieka mocniej niż jakiekolwiek postanowienie. To nie jest poradnikowy frazes. Postanowienie działa w gabinecie, w rozmowie, w niedzielę rano. Rytm dnia działa we wtorek o dziewiętnastej, kiedy nikt nie patrzy i trzeba po prostu coś ze sobą zrobić. Pisałem o tym w tekście o ciszy, która zostaje po alkoholu — pusty wieczór sam się wypełnia tym, co najprostsze.

Kiedy zmienia się czas, ten rytm trzeba ustawić na nowo. Świadomie, a nie licząc, że się samo ułoży.

Ale nie o to chciałem dziś napisać. Zawsze mnie uderzało, że dwa razy w roku cały kraj wykonuje wspólnie gest, który w gruncie rzeczy jest fantazją. Cofamy wskazówki lub przesuwamy je do przodu. Przez jeden wieczór mamy złudzenie, że czas jest czymś, co możemy sami zmieniać.

W gabinecie słyszę to pragnienie stale, tylko w zupełnie innej skali. Gdybym wtedy nie zaczął. Gdybym odpuścił rok wcześniej, kiedy jeszcze wszystko dało się naprawić. Gdyby nie zobaczyła mnie tamtego wieczoru. Gdyby syn nie musiał mnie wtedy odbierać. Gdybym posłuchał brata, kiedy pierwszy raz powiedział mi to wprost.

Ludzie przychodzą do mnie nie tylko z piciem. Przychodzą z rachunkiem za lata, których nie da się odkręcić, i bardzo często to właśnie ten rachunek, a nie sam alkohol, jest najcięższy. Muszę wtedy powiedzieć rzecz, która nie brzmi pocieszająco: terapia nie cofa przeszłości. Nie odda nikomu tych lat. Nie sprawi, że dziecko nie pamięta. Nie wymaże wieczoru, o którym cała rodzina woli nie rozmawiać. Nie przywróci pracy, pieniędzy ani relacji, która skończyła się trzy lata temu. Każdy, kto obiecuje coś takiego, kłamie.

Terapia robi coś innego i trzeba chwili, żeby zobaczyć, że to wcale nie jest mniej. Oddaje godziny, które są jeszcze przed człowiekiem.

Widzę to najwyraźniej u ludzi, którzy wracają do mnie po roku albo po dwóch. Oni nie mówią o tym, że naprawili przeszłość. Mówią o rzeczach drobnych i bardzo konkretnych: że pamiętają całą sobotę. Że córka zadzwoniła sama. Że w pracy przestali pilnować, w jakim są stanie. Że wieczorem nie trzeba już niczego planować, bo wieczór po prostu jest.

To są godziny, które jeszcze kilka lat wcześniej byłyby stracone w ten sam sposób co setki poprzednich. Nikt im ich nie zwrócił – oni je dostali, bo akurat te były jeszcze przed nimi.

Jest też druga strona tej samej sprawy, o której myślę przy okazji zmiany czasu. Bardzo wielu ludzi odkłada decyzję, bo czeka na dobry moment. Po świętach. Po tym projekcie w pracy. Jak dzieci skończą rok szkolny. Jak minie zima. Wszystkie te terminy mają jedną wspólną cechę: przychodzą i mijają, a sytuacja w tym czasie nie stoi w miejscu.

Rok czekania to nie jest rok zawieszenia. To jest osiem tysięcy godzin, które też gdzieś uleciały.

Nie piszę tego, żeby kogokolwiek straszyć. Piszę, bo w tej jednej sprawie zegarek działa tylko w jedną stronę, i to jest chyba jedyny argument, który naprawdę trzeba znać. Gorsze tygodnie przyjdą tak czy inaczej, i pierwsze miesiące po odstawieniu bywają trudniejsze, niż ktokolwiek zapowiada. Ale one przynajmniej do czegoś prowadzą.

W niedzielę dostaniemy godzinę. Większość z nas prześpi ją i dobrze, bo właśnie po to jest. Ale jeśli ktoś czyta ten tekst i od dawna nosi w głowie zdanie, że kiedyś trzeba będzie się tym zająć, to warto wiedzieć, że ta cofnięta godzina niczego nie cofa. Jedyna godzina, którą naprawdę dostajesz, jest dzisiejsza – ta najbliższa, zwykła, bez żadnej nazwy. I wystarczy jej akurat na jeden telefon.

Numery, pod którymi ktoś odbierze o każdej porze, są na stronie pilnej pomocy.

A jeśli chcesz po prostu o tym porozmawiać, napisz do mnie. Nie trzeba czekać na lepszy moment, bo on nie przychodzi.

Avatar photo

Maciej Zapała

Nazywam się Maciej Zapała. Jestem certyfikowanym instruktorem terapii uzależnień (certyfikat PARPA nr 470 - obecnie KCPU) i od lat pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu, narkotyków, leków i hazardu. W swojej praktyce zajmuję się zarówno osobami uzależnionymi, jak i ich rodzinami. Na blogu Pierwszy Krok piszę o mechanizmach nałogu, procesie terapii i tym, co naprawdę pomaga wrócić do zdrowia i normalnego życia.